niedziela, 27 maja 2012

Pytanie o naturę bytu kostiumu kąpielowego


Postanowiłam pisać na tym blogu o totalnych pierdołach. Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim o czymś pisać trzeba (ponoć), a niestety nie stać mnie na filozoficzno-społeczno-kulturowe przemyślenia level 5000. Bo książek nie czytam, mylę epistemologię z ontologią, nie mam radykalnych poglądów i nie chodzę na imprezy kulturalne (nie żeby się było czym chwalić), a wiedzę wszelaką czerpię od innych, którzy te rzeczy robią. Po drugie zaś, to od dziecka cierpię na przypadłość: więcej rozkminiania bezsensu, mniej działania sensownego. Po trzecie w końcu: świat nieustannie mnie zadziwia w swych najprostszych aspektach. Dzisiaj więc nie ma typowej stylizacji, a bzdety właśnie.

Do napisania tego posta sprowokowała mnie pewna z pozoru nic nieznacząca sytuacja, ot, czasem się to po prostu zdarza. Mianowicie stojąc na przystanku autobusowym zauważyłam dziewczynę. W samych majtkach. No może nie w samych,  bo oprócz nich była też jakaś tam bluzka, jakaś tam kurtka, buty, nawet fajne kolczyki. Ale ewidentnie brakowało spodni. Być może tą majtkową część garderoby można by było zinterpretować jako szorty, ale większość przechodniów interpretowała ją jednak podobnie jak ja. Jeden pan nawet zdjęcie komórką zrobił, żałuję, że też nie mam tyle odwagi, bo mogłabym Wam przynajmniej pokazać o co chodzi. Generalnie po tym opisie większość ludzi wyobraża sobie pewnie stereotypową blondynkę po solarze (jakkolwiek jest to sprawiedliwe skojarzenie czy nie), ale nic z tych rzeczy! Dziewczyna była normalna, taka zupełnie zwyczajna, tylko te majtki no...
Sytuacja ta sprowokowała mnie do wzniosłych przemyśleń. Przede wszystkim o tym na jakiej podstawie jest wydzielana granica przyzwoitości dotycząca skromności ubioru. I tu od razu przejdę do sedna: dlaczego jest tak, że jak zakładasz strój kąpielowy, to choćby to było najbardziej nawet kuse bikini i tak wszystko ok? Jak zakładasz zestawik czarny stanik+czarne majtki, to już jakoś tak głupio "wyjść do ludzi". Nie żeby bieganie w bikini po mieście było jakoś powszechne, niech będzie. Natomiast już na plaży jest oczywiste, a bielizna nadal niezbyt, choćby była bardziej zakrywająca niż kostium. 
Można zwalić to na jakąś tam umowę społeczną, że gacie zrobione z bawełny nie mogą być pokazane publicznie, a takie ze śliskiego materiału już tak, chociaż krojem się nie różnią. Ale to nadal śmieszne, że mogę sobie paradować po mieszkaniu mojego faceta w bikini, wyjść tak na balkon i się nie przejmować, że sąsiedzi patrzą i że współlokator jest w domu. Łazić tak w majtkach i staniku? Niet.

Cały ten wpis był rzecz jasna tylko pretekstem do wrzucenia fotki poniżej, zrobionej jakoś podczas weekendu majowego w wyżej opisanej sytuacji właśnie i ku uciesze otoczenia (prawdopodobnie). Niestety, ja sama jestem niewolnikiem tych norm kulturowych i sesja a la reklama Victoria's Secret się tu pewnie nie pojawi (chyba, że będzie profesjonalna, to co innego, bo golizna profesjonalna, to nie przypał, taka z telefonu komórkowego - owszem). Musicie się zadowolić kostiumem w truskawki z Top Secret (fajny, co nie?). 
ENDŻOJ.

wtorek, 22 maja 2012

Co ja sądzę o kapeluszach, włosach na rękach i ulicznych sprzedawcach ryb.


Zanim przejdziemy do tych jakże zachęcających tematów z tytułu, to jednak najpierw poczęstuję Was zdjęciami mojej dzisiejszej stylizacji. Takim oto kłamcą i krętaczem jestem (dowiedziałam się tego ostatnio od jakiejś pani ze Szczecina jak próbowałam ją zaprosić na prezentację pościeli firmy V***, taktak, pracuję w tym podłym fachu od jakiegoś czasu, ale mam nadzieję, że długo to nie potrwa, ot, zbieram na rower po prostu, przepraszam, wybaczcie, nie odbierajcie telefonów od nieznajomych).

Problem z dzisiejszymi zdjęciami jest taki jak zwykle, czyli nie miał kto mi ich zrobić. Wiem, że to żadna nowość, ale tym razem fakt ten jest o tyle bolesny i groteskowy zarazem, że owa moja stylizacja aż się prosi o jakieś ładne, zielono-kwiatkowe tło. Cóż, lajf is lajf.

 Jak chodzę w takich wysokich butach, to mam jakieś metr osiemdziesiąt pięć. I garbię się jeszcze bardziej niż zazwyczaj...
kapelusz: C&A/ sukienka: Cropp/ pasek: Carry/ buty: Promod

Okej, chciałam jeszcze napisać, że krój tej sukienki mi średnio pasuje, bo powinnam mieć więcej ciała tu i ówdzie, ale jest tak ładna, że będę sobie w niej chadzać nadal (pomyślelibyście, że to CROPP???). I nienawidzę tych butów. Bo są mega niewygodne, a noga tak mega fajnie w nich wygląda... 

********
To teraz ta bardziej refleksyjna część posta, która oczywiście nikogo nie obchodzi, ale muszę to z siebie wyrzucić.

Po pierwsze. Wszyscy ciągle mi mówią: "ŁAŁ, ale masz fajny kapelusz". To prawda, widok ludzi w kapeluszu nie jest bardzo częsty na ulicy, więc jak coś jest stosunkowo rzadko spotykane, to jest jakoś tam "fajne". Tylko, kurde, ja nie kupiłam tych kapeluszy w jakimś niszowo-kapeluszowym sklepie, a w H&M (czarny, mój ulubiony) i w C&A (słomkowy). Ja się więc uprzejmie pytam, jak to się dzieje, że te sklepy są załadowane kapeluszowym towarem, towar ten schodzi, a potem gdzieś wsiąka. A jak se człowiek założy ten haendemowy kapelusik, to zaraz jest taki "ekscentryczny". Dla mnie to zagadka, bez kitu.

Po drugie. Lato niewątpliwie już się do nas doturlało. Co oznacza sezon na gołe damskie ręce i nogi. O ile damy wiedzą (zazwyczaj), że dzisiejsze normy kulturowe nakazują, aby przed wystawieniem nóg na światło dzienne wpierw usunąć z nich pozostałości po naszych małpich przodkach (czytaj: włosy), o tyle rąk wystawianych o wiele częściej na widok to zupełnie zdaje się nie dotyczyć. No więc patrzę sobie dzisiaj w autobusie na śliczne, gładkonogie kobiety, na rękach obrośnięte tak, że kot Mariusz niemal by się nie powstydził (ta hiperbolizacja jest celowa). To jest po prostu brzydkie, dziewczyny. Moim zdaniem, bo moim, ale jest. I wierzcie mi, że trzymilimetrowe odrosty na rękach (zdradzające, że je golicie) są tak samo odpychające jak podobnej długości odrosty na nogach. Czyli miliard razy mniej, niż takie nie usuwane nigdy na trzy centymetry.

Po trzecie. Idę sobie dzisiaj ulicą Kościuszki na wydział, potykam się w obcasach i słucham muzyki przez słuchawki. Nagle patrzę, a tu mi zachodzi drogę chłopiec na oko dziesięcioletni. Zdejmuję słuchawki i słyszę pytanie: - Kupiłaby pani od nas rybę? Patrzę, a z boku na chodniku stoi stolik, przy nim trzech innych chłopców, a na nim kilka słoików z glonojadami i bojownikami. - Zbieramy na deskorolkę! dorzuca tamten jeszcze. Przykro mi się zrobiło, bo nie miałam żadnych drobnych (i chęci żeby wziąć od nich tę rybę też po prawdzie, ale to przez zajęcia zaczynające się za chwilę). Więc przeprosiłam i poszłam. Ale tak mnie to na maksa rozczuliło, że chłopcy sobie próbują jakoś rozwiązywać swoje małe problemy finansowe, że aż musiałam o tym tutaj napisać. I jak najbardziej pochwalić za przedsiębiorczość.

To tyle na dzisiaj, przydługawy ten post, ale mam nadzieję, że nie zasnęliście w połowie...

POZDRAWIAM!