Postanowiłam pisać na tym blogu o totalnych pierdołach. Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim o czymś pisać trzeba (ponoć), a niestety nie stać mnie na filozoficzno-społeczno-kulturowe przemyślenia level 5000. Bo książek nie czytam, mylę epistemologię z ontologią, nie mam radykalnych poglądów i nie chodzę na imprezy kulturalne (nie żeby się było czym chwalić), a wiedzę wszelaką czerpię od innych, którzy te rzeczy robią. Po drugie zaś, to od dziecka cierpię na przypadłość: więcej rozkminiania bezsensu, mniej działania sensownego. Po trzecie w końcu: świat nieustannie mnie zadziwia w swych najprostszych aspektach. Dzisiaj więc nie ma typowej stylizacji, a bzdety właśnie.
Do napisania tego posta sprowokowała mnie pewna z pozoru nic nieznacząca sytuacja, ot, czasem się to po prostu zdarza. Mianowicie stojąc na przystanku autobusowym zauważyłam dziewczynę. W samych majtkach. No może nie w samych, bo oprócz nich była też jakaś tam bluzka, jakaś tam kurtka, buty, nawet fajne kolczyki. Ale ewidentnie brakowało spodni. Być może tą majtkową część garderoby można by było zinterpretować jako szorty, ale większość przechodniów interpretowała ją jednak podobnie jak ja. Jeden pan nawet zdjęcie komórką zrobił, żałuję, że też nie mam tyle odwagi, bo mogłabym Wam przynajmniej pokazać o co chodzi. Generalnie po tym opisie większość ludzi wyobraża sobie pewnie stereotypową blondynkę po solarze (jakkolwiek jest to sprawiedliwe skojarzenie czy nie), ale nic z tych rzeczy! Dziewczyna była normalna, taka zupełnie zwyczajna, tylko te majtki no...
Sytuacja ta sprowokowała mnie do wzniosłych przemyśleń. Przede wszystkim o tym na jakiej podstawie jest wydzielana granica przyzwoitości dotycząca skromności ubioru. I tu od razu przejdę do sedna: dlaczego jest tak, że jak zakładasz strój kąpielowy, to choćby to było najbardziej nawet kuse bikini i tak wszystko ok? Jak zakładasz zestawik czarny stanik+czarne majtki, to już jakoś tak głupio "wyjść do ludzi". Nie żeby bieganie w bikini po mieście było jakoś powszechne, niech będzie. Natomiast już na plaży jest oczywiste, a bielizna nadal niezbyt, choćby była bardziej zakrywająca niż kostium.
Można zwalić to na jakąś tam umowę społeczną, że gacie zrobione z bawełny nie mogą być pokazane publicznie, a takie ze śliskiego materiału już tak, chociaż krojem się nie różnią. Ale to nadal śmieszne, że mogę sobie paradować po mieszkaniu mojego faceta w bikini, wyjść tak na balkon i się nie przejmować, że sąsiedzi patrzą i że współlokator jest w domu. Łazić tak w majtkach i staniku? Niet.Cały ten wpis był rzecz jasna tylko pretekstem do wrzucenia fotki poniżej, zrobionej jakoś podczas weekendu majowego w wyżej opisanej sytuacji właśnie i ku uciesze otoczenia (prawdopodobnie). Niestety, ja sama jestem niewolnikiem tych norm kulturowych i sesja a la reklama Victoria's Secret się tu pewnie nie pojawi (chyba, że będzie profesjonalna, to co innego, bo golizna profesjonalna, to nie przypał, taka z telefonu komórkowego - owszem). Musicie się zadowolić kostiumem w truskawki z Top Secret (fajny, co nie?).
ENDŻOJ.
